Kolejny wypad,
kolejny wpis.
Tym razem padło na urokliwe miasteczko Baiona, a to dlatego, że
drugiego i trzeciego marca, świętuje się
tu dopłynięcie Krzysztofa Kolumba do Nowego Świata. Było to pierwsze miasto do
którego 10 marca 1493 dotarła
wiadomość o odkryciu Ameryki.
Wszystkie atrakcje przypominają trochę nasze festyny w Biskupinie. Pokazy
łucznictwa, ekspozycje ptactwa wszelkiego rodzaju, które biedne przez cały dzień
siedząc bez ruchu, pozują do zdjęć. Oprócz tego, turnieje rycerskie,
zwiedzanie statku „Pinta”, teatr z inscenizacją przyniesienia radosnych wieści czy pokaz sztucznych ogni.
Typowy festynowy
klimat, nic powalającego.
Jednak jak zwykle Hiszpanie nie zawodzą, jeśli chodzi
o zaangażowanie we wszelkiego rodzaju imprezy. Zjechała się tu chyba cała
Galicja. Tłum na ulicach był tak duży, że przez większość czasu, trzeba się
było przedzierać przez ludzi. Po raz kolejny, podobnie jak w karnawale, co
druga osoba miała misternie dopracowane przebranie. Średniowieczne stroje
wymagają dużej pracy, jednak jeśli chodzi o zabawę, Hiszpanie są mistrzami. Spacerując po mieście spotykaliśmy damy dworu, rycerzy, giermków, piratów, czy
cały orszak królewski.
Sama Baiona jest
przepięknie położonym miastem, otoczonym wzgórzami z tradycyjnymi domami,
centralnie położonym portem, obok którego znajdują się dobrze zachowane mury
obronne Monterreal, otoczone z każdej strony oceanem. Warto się tu wybrać, chociaż na jeden dzień,
bo oprócz historii miasta i wielu miejsc, które warto pozwiedzać, widoki są
naprawdę niesamowite.
Około 21/22
wszyscy przenoszą się do starej części miasta. Labiryntem wąskich ulic
i uliczek, które w tych festynowych dniach, zamieniają się w stragany pełne
typowych hiszpańskich tapasów. Raj!
Empanadille (ciasto francuskie) z
tuńczykiem, ośmiornicą, bacalao (rodzaj ryby), bocadille z tortilla de patatas
(omlet z jajek i ziemniaków), chorrizo (kiełbasa), jamonem (hiszpańska szynka), różnego rodzaju
owoce morza, szaszłyki, mięsa. Ogromny wybór ciast i ciasteczek, kosze oliwek, kaparów,
świeżo upieczone, ogromne chleby z
różnego rodzaju dodatkami.
Po pół roku życia w Hiszpanii, gdzie żywisz się cały czas bagietkami, bo chleby są sztuczne i bez smaku, świecą ci się oczy na widok takich straganów. Znaleźć można też stragany z rożnymi „handmade’ami”, no i bary, bary, bary ogromna ilość barów, lejące się litrami wina i sangrie, ludzie tańczący, grający, śpiewający na ulicach. I tak do wczesnych godzin rannych ...
Po pół roku życia w Hiszpanii, gdzie żywisz się cały czas bagietkami, bo chleby są sztuczne i bez smaku, świecą ci się oczy na widok takich straganów. Znaleźć można też stragany z rożnymi „handmade’ami”, no i bary, bary, bary ogromna ilość barów, lejące się litrami wina i sangrie, ludzie tańczący, grający, śpiewający na ulicach. I tak do wczesnych godzin rannych ...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz