Dawno mnie tu nie było, a trochę przez ten czas zdążyło się wydarzyć. Uzbierałam od września sporo materiałów do napisania kilku rzeczy o kraju w którym przyszło mi spędzić dziesięć miesięcy mojego życia.
O tym, że Hiszpanie lubią się bawić, spędzać czas w gronie rodziny i znajomych, w domu czy na ulicy, jedząc czy tańcząc, wiedzą wszyscy. Dlatego moją przygodę z Hiszpanią rozpocznę opowieścią o lutowym szaleństwie karnawałowym, jakie odbywa się na ulicach miast, czyli najbardziej szalonym, imprezowym okresie, gdzie „Vamos a La Fiesta!” słyszysz codziennie i na każdym kroku.
![]() |
Galicyjska
Queimada
źródło: Internet |
Przygotowując Queimadę, spirytus na bazie wina, z dodatkiem cukru, ziół i kawy, podpalając całość i przelewając do czarek.Cały rytuał jest ciekawym pokazem, a i później można spróbować wywaru, jednak z umiarem, bo jak się sama przekonałam, dwie czarki mogą zwalić z nóg.
Przechodząc dalej, na początku poprzedniego tygodnia już słyszałam jakieś
przebąkiwania o karnawale, przebraniach, szykowaniu się na bale, ale uznałam,
że tak jak i w Polsce bywa w okresie karnawałowym, będą mniejsze lub większe domówki,
ewentualnie wyjścia do pubu czy do klubu. Kto ma ochotę, ten się przebiera czy
organizuje jakąś tematyczną imprezę. Jednym słowem, dzień jak codzień, nic
specjalnego.
7 lutego czwartek, niczego nie świadoma wychodzę na spacer w pobliże centrum miasta i powoli zaczynają z coraz większą częstotliwością, mijać mnie: czarownice, myszki Mickey, królewny, potwory, Spidermani, Shreki ... Małe dzieci, licealiści wychodzący ze szkoły, dorosłe osoby, rodzice z dziećmi. Wszyscy poprzebierani, w takich strojach idąc na spacer, do sklepu czy pracy. Wchodzę do supermarketu, a tu zamiast Pań na kasie, obsługuje mnie Indianka, Dorotka z krainy Oz i zawodnik Formuły 1. Zaciekawiona idę dalej i wychodząc zza rogu, wpadam na rodziców z dwójką małych dzieci. Wszyscy jak jeden mąż przebrani za Smurfy! I tak oto podążali sobie na spacer nad morze.
Zaintrygowana atmosferą i z pewną zazdrością patrząca na to szaleństwo, zaczęłam myśleć nad sobotnim przebraniem. Sobota to dzień z mnóstwem atrakcji w okolicach Starego Miasta, łącznie z zapowiadaną paradą, atrakcjami dla dzieci czy pokazem sztucznych ogni. Parada rozpoczynała się już o godzinie 17 i miała trwać do późnych godzin wieczornych.
Kompletowanie stroju i przekształcanie go na swoje potrzeby, wciągnęło mnie momentalnie. Chęć dorównania choć trochę tym osobom, które zobaczyłam wcześniej, była wielka, aczkolwiek poprzeczka została ustawiona bardzo wysoko, więc tylko chciałam zachować jakiś poziom. Ostatecznie z moich prób, wyszła całkiem udana Pippi Langstrumpf i w takim oto stroju udałam się z jednym Upadłym Aniołem w okolice Starego Miasta.
| Upadły Anioł, Pippi, Skrzaty, Joker, Meksykanin i inne cuda |
Niedaleko „La Bombilla”, nota bene najlepszego tapas baru w A Corunii, już można było poczuć klimat karnawału rodem z Rio de Janeiro. Cała zgraja skrzatów, śpiewających i grających na różnych instrumentach prowadziła pochód i zagrzewała wszystkich do tańca. Rytmy sambowe, niesamowity tłok i odnajdywane w tłumie, coraz to ciekawsze postaci: żołnierze, kurczaki, żaby, meksykanie, platforma Elvisa Presleya, pingwiny, geishe, kowboje, uciekający z sejfem złodzieje oraz faworytka wieczoru „Christina – najgorętsza dziewczyna z Austrii”, a w roli głównej nasz erasmusowy kolega.
| Christina |
| Ulice Corunii |
W okolicach drugiej, trzeciej godziny skończył się pochód, a grupki oddalały się w stronę swoich ulubionych pubów, żeby kończyć wieczór w gronie swoich znajomych. Nie jest to jednak koniec szaleństwa. Co prawda niedziela jest w Hiszpanii dniem odpoczynku od wszystkiego, to jednak na poniedziałek jest już zapowiadana impreza piracka, a wtorek pod względem ilości atrakcji, ma przypominać sobotę, także szykujemy nowe stroje, bo przecież „La Vida Es Un Carnaval”!!!
| La Vida Es Un Carnaval |



